środa, 5 lutego 2014

Rozdział V

Stella
- Sky, ogarnie się. Jesteś bellatorem od dwóch dni.
- Nie wtrącaj się, Spuria. - ostatnie słowo powiedział z pogardą. - Wstydzę się za ciotkę, że pozwoliła zaistnieć takiemu czemuś. - i odszedł.
- Przepraszam za niego. Sky po prostu taki jest.
- Kim jesteś bell... coś tam?
Uśmiechnął się.
- Bellator to strażnik. Ochraniamy was by nic się nie wydało. Powinnaś wiedzieć.
- Przed chwilą dowiedziałam się co potrafię.
- O! Nowa. W końcu. Jako bellator jestem zobowiązany ci pomóc. Nazywam się Spuria.
- Nigdy nie słyszałam o takim imieniu.
- Lekcja numer 1: nasze imiona są... dziwne. Większość z nich są łacińskie.
- Co znaczy Spuria?
- Połówka, nieprawdziwy. Jestem w połowie człowiekiem, w połowie aniołem, dlatego nie mogę zdobyć kolejnych mocy. Mam tylko te które otrzymałem przy narodzinach.
- Jak można je zdobyć?
- 1. Zrobisz coś dla rodziny królewskiej. 2. Zajmiesz ważne stanowisko w Orbis. 3. Otrzymasz moc przez los. Ja mogę liczyć na pierwsze, ale mogę tylko marzyć.
- Rodzina królewska - prychnęłam
- Wiem wydaje się to dziwne. Rodzina królewska to rodzina mająca zdolności we wszystkich mocach od urodzin. Co lepsze, po śmierci królowej i zaginięciu jej córki władze przejęła siostra królowej. Ta zrzekła się tronu na rzecz córki, która ruszyła w świat szukając Prawowitej.
- Telenowela - podsumowałam.

Bruce
Obserwowałem ją. Chciałem wkroczyć, ale zjawili się bellatorzy. Gdyby mnie zobaczyli od razu zabiliby mnie. Jeden odszedł, ale drugi nadal siedział przy Stelli. Wróciłem do ludzkiej postaci i ubrałem spodnie, które trzymałem w pysku. Stałem na urwisku mając dobry widok na Stelle. Wyostrzyłem słuch. Bellator opowiadał jej o Orbis. Pewnie chce ją tam zabrać. Po moim trupie.
- Prosze, prosze. Kogo my tu mamy. Oto Bruce Harrison. Przywódca stada zmiennokształtnych w Australii. No, no no spodziewałem się.
Znałem ten głos aż za dobrze.
- Czego chcesz, Duke. - odwróciłem się.
W końcu nauczyłem się nie stać do niego tyłem. Trochę za późno.
- Skąd ta wrogość w twoim głosie?
- To przez ciebie jestem tym czym jestem. - próbowałem nie krzyczeć, ponieważ to mogło mnie zdemaskować. Oddaliłem się jak najdalej od urwiska. Mógł mnie zepchnąć, to Duke. Wszystko można się po nim spodziewać.
- Nie ugryzłem cie.
- Sprzedałeś mnie.
- Ale kim teraz jesteś. Przywódcą. Zawsze tego chciałeś. Przyznaj się!
- Jakim kosztem? Musiałem go zabić.
- Zakończymy to. Mam do ciebie sprawę. Może inaczej. Przyjmij mnie do stada.
- Co z tego będę mieć? Zdrajcę w stadzie?
Uśmiechnął się. - Bezpieczeństwo twojej dziewczyny.